Ludzka rasa od początku swego
istnienia zastanawiała się nad istnieniem boga. W żadnym okresie
swego istnienia nie panowało jakiekolwiek większe przekonanie co do
tej kwestii. Wiara istot była na tyle chwiejna, że na świecie
działy się najokropniejsze rzeczy, które splamiły krwią karty
historii. Trwało to tak długo, że bóg, który jak się potem
okazało, faktycznie istniał, w całej swojej wszechmocy nie mógł
sobie wyobrazić już nic gorszego. Jakakolwiek miłość do
bliźniego stała się obłudą, cały piękny świat jaki zasiał,
stał się już tylko pogorzeliskiem. W pewnym momencie miara została
przebrana, a bóg Nitte zwyczajnie postanowił... Umrzeć. Nikt nigdy
nie myślał nad tym, czy coś tak wielkiego może samo siebie
unicestwić, niestety, mogło. Wraz ze sobą postanowił zniszczyć
cały padół ziemski. Zapomniał jednak o jednym, świat już dawno
przestał należeć do niego. Wszelkie istoty żyły własnym życiem,
mało które miały już w sercu Nitte. Te, które jednak wciąż o
nim pamiętały, należały do niego. Dlatego też umarły. Z nimi
zginęło wszystko, co mogło być w jakiś sposób dobre. W ten
sposób pozostali tylko grzesznicy. Z czasem zaczęli ewoluować w
coraz to gorsze istoty, dzieci przestały przypominać niewinne
istoty, wyglądały już jak potwory. Wszystko prawdopodobnie za
sprawą kary. Ziemia stała się pustkowiem, ciemnym, zimnym,
pozbawionym światła miejscem. To, co pozostało po ludziach
podzieliło się na rasy. Ta najstraszniejsza ze wszystkich,
przypominała rasę ludzką. Wyglądała jak oni, prócz paru różnic,
nawet zachowywała się tak samo. Przez swoją świadomość i rozwój
potrafiła zapanować nad wieloma innymi. Poza tym, posiadała
wspaniałe moce, sięgające od władzy nad przedmiotami do władzy
nad czyimś życiem lub czasem. Nazywali się Abbici i mogli
przywrócić naturalny porządek świata. To wszystko jednak tylko
teoria, którą zdobyłem w szkole, a wszystkie mówione tam słowa
byłe bezwartościowe. Rzeczywistość była jedna i nie było nic
wspaniałego w człekopodobnych kreaturach.
*
Zimny wiatr smagał moje nagie
ciało. Staliśmy jak co pół roku na drewnianych podwyższeniach,
nie mając nic, co by zakryło naszą oszpeconą ranami, bliznami,
sińcami lub też zakażeniami skórę. Pomimo przeszywającego mrozu
nikt z obozu nie ośmielił się marudzić lub nawet spojrzeć krzywo
czy też z błaganiem na któregokolwiek strażnika lub kupca. Kim
byliśmy, że zasłużyliśmy na takie traktowanie? Byliśmy jedynie
bardziej zezwierzęconymi, odmiennymi formami powstałymi z
grzeszników. Naszym jedynym grzechem było urodzenie się z tym
wyglądem i sposobem myślenia. Nikt nie wiedział, czy Abbici
rzeczywiście przerastali nas kilkukrotnie intelektualnie lub pod
względem zdolności, niemniej nigdy nikt o zdrowych zmysłach nie
odważył się tego podważyć, czy też sprawdzić. Byliśmy jak
zwierzyna, którą mogli rządzić, upokarzać czy wykupywać lub
gwałcić. Wszystko było dozwolone i za nic nie była przewidywana
kara.
Przez całe dwie godziny nikt z
kupujących nie zatrzymał na mnie dłużej wzroku. Nie wiedziałem,
czy mam żałować. Żyjąc na tym zamkniętym terenie pod okiem
nadzorców, każdego dnia doświadczałem jedynie bólu, jednak...
Czy mogłoby mnie spotkać coś lepszego, stając się własnością
jednej z człekopodobnych istot? Nagle, przystanął przy mnie
mężczyzna. Spojrzenie jego odmiennych, żółtych oczu było co
najmniej intrygujące i zarazem paraliżujące. Wokół źrenicy
znajdowało się parę spiral. Wyglądał młodo, mógł mieć góra
dwadzieścia sześć lat, jednak to nic nie mówiło, równie dobrze,
dzięki swoim zdolnościom mógł przekraczać ten wiek parokrotnie.
Poprawił biało-niebieską chustę, jakby chcąc zakryć uśmiech.
- Jak się nazywasz? - odezwał
się, a jego długi, brązowy płaszcz zatrzepotał na wietrze.
Uniosłem brwi. Nikt, nigdy mnie o to
nie pytał. Zawsze zwracano się do nas według rasy lub zwyczajnie
wyzywano.
- Darrel, proszę pana –
mruknąłem, szybko spuszczając wzrok na podłoże.
Zapomniałem, że nie wolno było im
patrzeć w oczy. Zawsze kończyło się to w nieprzyjemny sposób.
- Miło mi cię poznać, nazywam
się Matt – kąciki jego ust uniosły się, wyglądał tak...
Przyjaźnie.
Przeszedł mnie dreszcz. Nigdy nie
spotkałem nikogo, kto by się zachowywał w taki sposób do nic nie
znaczących kreatur. Nieznajomy napawał mnie strachem, nie
wiedziałem nic, nie potrafiłem wyczuć w jego postawie czegokolwiek
fałszywego lub prześmiewczego. Skinąłem jedynie głową. „Matt”
nie odezwał się już ani słowem, mierzył mnie wzrokiem, w ogóle
nie ukrywając dziwnej fascynacji. Po dłuższej chwili podszedł do
niego strażnik, którego jeszcze nigdy nie widziałem. Możliwe, że
był z innego obozu lub też został dopiero przyjęty na to
stanowisko. Był nieco wyższy od czarnowłosego, miał równie
pociągłe, interesujące rysy twarzy oraz smukłą sylwetkę.
Wyglądał także na kogoś po dwudziestce. W przeciwieństwie do
nabywcy nie wyrażał jakichkolwiek emocji, ani nie spojrzał na mnie
dłużej niż parę sekund. Skłonił się lekko i w spokoju
wysłuchał słów Matta szeptanych na ucho. Nagle oboje odeszli.
Blondyn jedynie skinął głową, zaś kupiec pomachał energicznie
dłonią, przykuwając uwagę innych. Nawet nie wiedziałem jak
bardzo kluczowe było to przedziwne spotkanie. Spędziłem na zimnie
jeszcze trzy godziny, aż w końcu pozwolono nam wrócić do pracy w
nieco cieplejszym, choć zrujnowanym miejscu.
Miałem wówczas dwadzieścia
trzy lata, dlatego dawno zakończyłem edukację. Nauczanie
ograniczało się jedynie do podstaw czytania oraz liczenia, a także
poznania krótkawej historii świata oraz wpojenia sobie naszego
statusu społecznego i tego, jak cudownym darem są ci, którzy
przypominają wymarłą rasę. Jedyny system, który obowiązywał w
szkole, działał na zasadzie kar oraz nagród. Oczywiście, tego
przyjemniejszego można było uświadczyć tylko, gdy spotkało cię
niesamowite szczęście. Jak to wszystko dokładniej wyglądało?
Cóż, jeśli nie wywiązałeś się z pracy, spojrzałeś lub
odpowiedziałeś w sposób nietaktowny – kara. Zły humor strażnika
lub zwyczajny fakt, że dalej tu żyjesz również kończył się
potępieniem. Nasi nadzorcy mieli szeroki wachlarz wyboru, co do
tego, czym nas „upomną”. Zwykle kończyło się na rozbiciu
głowy lub nosa, ewentualnie złamaniu kości(która następnie źle
się zrastała bez pomocy medycznej), czasem na pobiciu, nie rzadziej
na śmierci, niektórzy uwielbiali wielodniowe głodówki. To jednak
było tylko kilka sposobów, w końcu „ludzka” fantazja nie znała
końca. Co do nagród – zwykle był to pełniejszy posiłek, który
i tak stanowił nie więcej niż połowę tego, co dostawali
nadzorcy, czasami była to dodatkowa godzina snu, rzadko zdarzało
się, że można było otrzymać jedną rzecz ze świata poza
ogrodzeniem. Nikt jednak nie wiedział co tak naprawdę jest poza
naszym obozem ani co było dostępne, kończyło się więc na małych
prośbach. W jaki sposób można było cokolwiek uzyskać? Za dobre
przeszpiegi w grupie, prace do późnej nocy. Często kobiety, choć
i coraz częściej mężczyźni świadczyli usługi seksualne.
Wszystko było okropne i każda rzecz zwalczała w tobie jakiekolwiek
poczucie, że jesteś coś wart.
*
Trzy dni po co półrocznej
sprzedaży więźniów odbył się bankiet. Oczywiście, u nas ta
zabawa wywoływała jedynie ironiczny uśmiech. Zjawiali się wszyscy
strażnicy z mojego obozu oraz główny nadzorujący tego obszaru. Za
atrakcje służyły najciekawsze przypadki zniewolonych istot, jak co
dzień miały zwyczajnie wykonywać wszystko, co im kazano. Reszta
niewolników pracowała jeszcze ciężej niż zwykle, by wszystko
przebiegło zgodnie z planem. Tym razem miałem rolę tego, która ma
zapewnić rozrywkę. Zajmowałem się pięcioma stróżami, których
znałem od dzieciństwa. Pełnili oni między innymi rolę
nauczycieli w naszej śmiesznej szkółce. W ciszy raz po raz
zanosiłem, podawałem i odbierałem rzeczy dla nich. W pewnym
momencie jednak wydało im się to już nudne. Ze strachem
obserwowałem zmiany na ich twarzach, wiedziałem, że zaraz spotka
mnie coś złego. Gdy już jeden z mężczyzn wykręcił moją rękę
i kazał klęczeć, na sali zapanowała cisza. Na scenie pojawiła
się dziewczyna o różowych, lekko kręconych włosach. Z jej głowy
wystawała para króliczych, białych uszu. Uśmiechnęła się
uroczo do widowni i zasiadła przy pianinie. Nazywała się Lily,
była moją przyjaciółką, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Później
rozdzielono nas do osobnych sektorów według płci. Widywałem ją
tylko na tego typu uroczystościach, od lat nie zamieniliśmy ani
jednego słowa, pozostawały tylko spojrzenia i zamglone wspomnienia.
Zmrużyłem oczy. Grała zupełnie inaczej, nie było w tym już
żadnej absurdalnej lekkości.
- Muzykantka z połamanymi palcami,
dość zabawne – zaśmiał się jeden ze strażników, wykrzywiając
usta w obrzydliwym uśmiechu.
Zniżyłem głowę, byleby nie pokazać
wściekłości. Pomimo paru złych dźwięków, dziewczyna grała
dalej niezrażona, rozpromieniona. Jedyne co świadczyło o jej bólu
to krople krwi skapujące z pianina. Bandaże na jej rękach stały
się już całkowicie czerwone. W końcu gra stawała się już coraz
gorsza, a Lily zaczynała przygryzać wargę, ledwo powstrzymując
się od płaczu.
- Źle! Źle! - zaczął krzyczeć
jeden ze stróży i podniósł dziewczynę za kołnierz białej
koszuli, następnie na oczach wszystkich tak mocno ją uderzył, że
aż spuchnął jej policzek.
Próbowałem wziąć głębszy oddech,
zapanować nad emocjami, jednak czułem się tylko coraz gorzej. Fala
emocji przechodziła przez moje ciało.
- Suko, tyle razy dawałem ci nauki,
upominałem, mówiłem jak to ważne, ale.... Musiałaś to
zignorować! - mężczyzna starał się przybrać zawiedziony ton,
jednak jedyne co z niego kipiało to czysta agresja.
Nieoczekiwanie nadepnął na już
połamane palce dziewczyny i silnie zaczął je przyciskać do
podłoża. Dziewczyna krzyczała, wszyscy wokół tylko szeptali, w
niektórych miejscach na sali słychać było śmiech. W tym momencie
coś we mnie pękło. Wyrwałem się z uścisku mężczyzny i jednym,
szybkim ruchem zdołałem zdobyć jego broń, którą miał przy
pasku. Podbiegłem ku dziewczynie i strzeliłem w nogę stróża,
następnie złapałem za rękę Lily i na przekór wszystkiemu
próbowałem się z nią dostać do drzwi. Oczywiście, plan był tak
zły jak tylko mógł być. Z łatwością wyrwali mi z rąk
dziewczynę, zaś mnie obezwładnili i przyparli do podłogi.
- Skoro muzyka była tak zła,
może ty lepiej nas zabawisz – zaśmiał się szyderczo zraniony
wartownik.
Wiedziałem, że czeka mnie potworny
ból, jakiego jeszcze nie doznałem w tym piekle.